Na piwo do Dublina…

2
38
Na piwo do Dublina cz. 1…

Na piwo do Dublina? Czemu nie? – Doskonały pomysł. – I lecę.

W tym roku (2014) to już ostatni mój wyjazd, ale na przyszły…

…Ale na przyszły – to dopiero mam plany… Jako królowi promocji, udaje mi się okazyjnie zakupić bilety 🙂 Tym razem lecę linią RyanAir. Lot mam z lotniska Modlin. Na lotnisko przybywam godzinę przed odlotem. Wchodząc na teren terminala słyszę informację, by pasażerowie lecący do Dublina odprawiali się.
– Przyjechałem idealnie o czasie.
Gdy dochodzę do stanowiska odprawy, stoi już tam wielki tłum. Niesamowici nasi rodacy są. Obok jest cała masa wolnych siedzeń, a oni stoją przed bramką i niecierpliwie przebierają nóżkami, tak jakby to mogło w czymkolwiek pomóc. Podziwiam wspaniały „polinglisz” na tablicy, na której pod napisem „gate open” dumnie wyświetla się napis „gate otwarte”. A co tam. Dyć Polacy nie gęsi… 🙂 Sprawnie bardzo wszystko dzisiaj idzie. Po kilku minutach jesteśmy już w samolocie, a po następnych kilku startujemy, by po chwili mozolnie przebijać się przez warstwę chmur. Jest słoneczko. Cofam zegarek o godzinę i zatapiam się w medytacji. Ta podróż będzie bardzo krótka. Można napisać – rozpoznawcza. Nie byłem jeszcze w Irlandii, wyjazd jest więc również moim sukcesywnie realizowanym planem na życie. Plan jest prosty – podróżować, podróżować i jeszcze raz podróżować. Cały czas lecimy nad powłoką chmur. Niestety, mimo że siedzę przy oknie nic ciekawego nie zaobserwowałem. Dopiero przed samym Dublinem przejaśnia się i widzę morze.

Nad irlandzkim wybrzeżem.
Nad irlandzkim wybrzeżem.

IMG_5774

Nad dublińskim lotniskiem.
Nad dublińskim lotniskiem.

Około godziny 15.40 czasu lokalnego lądujemy na lotnisku w Dublinie. Dzisiaj plan jest prosty – dotrzeć do hotelu, rozlokować się i być może napić się jakiegoś guinessa.
Po przejściu kontroli dokumentów, wychodzę przed lotnisko w poszukiwaniu transportu. Jest kilka linii autobusowych. Postanowiłem jechać zwykłym autobusem miejskim – tzw. Dublin Bus – autobus nr 16. Podobno jedzie powoli, ale za to najtaniej 🙂 No i pierwszy zonk. Okazuje się, że trzeba mieć równo odliczoną kwotę 2,80 E, by zakupić bilet u kierowcy. Inaczej się nie da. Na szczęście na przystanku jest automat, za pomocą którego można wykonać tę operację przy użyciu banknotów (nie mając równo odliczonej kwoty). Kosztuje to 10 centów drożej. Kupuję bilet, wsiadam do środka, kasuję w kasowniku i jadę. Najgorsze, iż tak za bardzo to nie wiem gdzie 🙂 Wiem tylko, że autobus jedzie do centrum. Na szczęście jadąca obok współpasażerka mówi bym się nie martwił, gdyż powie mi na którym przystanku wysiąść. Po około 40 minutach wysiadam, jeszcze tylko 15 minutowy spacer i jestem na miejscu. W recepcji najpierw dopłacam 42 euro za nocleg. Dopłacam, gdyż bukując nocleg na jednym z portali internetowych zapłaciłem tylko 10 % wartości. Przez chwilę trochę się zdziwiłem, gdyż recepcjonista zażądał 157 euro? Okazało się, że koniecznie chciał mnie położyć w pokoju jednoosobowym 🙂 No way (w żadnym wypadku*). Jeżdżę tak często, że takie zbytki doprowadziłyby mnie do bankructwa 🙂 Następna sprawa. W hostelach spotyka się niesamowite typy ludzkie i jest to przygoda sama w sobie. Poza tym co innego jak podróżuję z moją najlepszą z żon. Wtedy nie mam wyjścia – musi być porządny hotel 🙂 Gdy jadę sam, moja dusza wagabundy preferuje hostel. Idę w stronę mojego pokoju. Przechodzę przez korytarz niczym z jakiegoś zwariowanego akademika i wchodzę do mojego „room-u”. Wow, dużo hosteli widziałem, ale takiego chyba jeszcze nie 🙂

IMG_5787 (5)

Pokój składa się z 6 piętrowych łóżek, które mają chyba po 50 lat. Na szczęście łazienka jest w miarę nowa – czytaj z tego millenium i raczej nie budzi zastrzeżeń 🙂
Mój pokój jest zdominowany przez Chorwatów. Jest jeszcze jeden Azjata, dwóch Francuzów i ja. Szybciutko się aklimatyzuję, a przez Chorwatów na dzień dobry zostaję poczęstowany ciastkiem. Atmosfera jest bardzo miła, podoba mi się. Zostawiam rzeczy i idę kupić piwko. Za chwilę wracam, piję piwko, idę wziąć prysznic, po czym szybko zasypiam.

Na następny dzień wstaję dopiero przed dziewiątą. Nie mam jakiegoś specjalnego planu. Postanawiam powłóczyć się bez celu po Dublinie. Dzień zaczynam od śniadania w hostelu. Śniadanie jest dodatkowo płatne, ale warto zapłacić te 5 euro, zwłaszcza że śniadanie było smaczne i obfite, a i cena nie wygórowana. Po śniadaniu biorę mój fotograficzny plecak i ruszam na spotkanie przygody. Idę w kierunku rzeki, a po dojściu do niej kieruję się w stronę morza. Po drodze natykam się na stojące przy nadbrzeżu rzeźby upamiętniające straszną klęskę głodu, która nawiedziła Irlandię w połowie XIX wieku. Obok stoi replika żaglowca Jeannie Johnston. Straszny głód w , a następnie epidemia cholery zebrała żniwo około 1,5 mln ofiar z liczącej 8 mln mieszkańców Irlandii. Dodatkowo wiele tysięcy wyjechało w poszukiwaniu lepszego życia. Przerażająca historia o której warto poczytać.

IMG_5808 (25)

Rzeka Liffey.
Rzeka Liffey.

Ale dosyć już tych smutków, idę dalej. Jestem bardzo blisko morza, gdy skręcam w stronę doków. Dziarsko maszeruję, chłonąc otaczające mnie widoki. Przy okazji fotografuję, fotografuję i fotografuję. Przechodzę przez most na głównej rzece Dublina, o wdzięcznej nazwie Liffey. Jest jedną z trzech przepływających przez miasto (pozostałe to Tolka i Dodder). Jest około trzynastej, gdy postanawiam wejść do mijanego pubu. Czas spróbować prawdziwego guinnessa. W pubie jest bardzo dużo ludzi. Zamawiam moje piwko, płacę 5,20 euro i delektuję się smakiem. Guinness jest pyszny. Postanawiam na następny dzień wybrać się do znajdującego się w Dublinie browaru, w którym to piwo jest warzone. Moją uwagę przykuwa znajdująca się nad barem tabliczka: „Booze, helping ugly people, to have sex”.

IMG_5865

Mój guinness.
Mój guinness.

Napis zrozumiałem… ale co znaczy Booze? Pytam przechodzącej barmanki o egzotycznej urodzie. Przeprasza, mówi, że jest z Brazylii i nie wszystko jeszcze rozumie. Radzi mi bym zapytał Lizę. Ok. Po chwili podchodzi bardzo ładna dziewczyna w wieku około 50 lat. Pytam, czy ma na imię Lisa? Odpowiada, że nie i pyta, czy może mi jakoś pomóc. Tłumaczę, że napis rozumiem, ale co znaczy „Booze”? Tłumaczy mi,  że to znaczy – alkohol. Zaśmiewam się – mówię jej, że to fantastyczna sentencja (alkoholu, pomóż brzydkim ludziom  znaleźć seks) 🙂 – But it’s really truth – mówi, patrząc się na mnie z uśmiechem (ale to jest prawda). Cholera, czyżby coś chciała mi powiedzieć?? 😀 A co tam, facet nie musi być ładny. Jeszcze przez chwilę zaśmiewamy się z tego. – Irlandio – właśnie mnie kupiłaś. Już mi się tu podoba. Kończę piwo i ruszam dalej. Postanawiam zwiedzić najstarszy kościół w Dublinie, datowaną na wiek XII, a może nawet XI  – Katedrę Kościoła Chrystusowego (Christ Church Cathedral). Po drodze odwiedzam fajną wystawę fotografii streetowej (ulicznej). Dla mnie tym bardziej ciekawej, gdyż ten rodzaj sztuki już od dłuższego czasu niezmiernie mnie interesuje. Dochodzę do katedry. Przy wejściu płacę 6 euro za bilet, a następnie siadam i rozkoszuję się próbą zespołu muzyki symfonicznej. Następne miłe zdarzenie dzisiejszego dnia. Nie znam się na muzyce, na jej rodzajach, co nie przeszkadza mi z prawdziwą przyjemnością słuchać i podziwiać.

Christ Church Cathedral
Christ Church Cathedral.
Katedra w środku.
Katedra w środku.

IMG_5952

IMG_5950
IMG_5961

IMG_5967

Trafiłem na próbę zespołu.
Trafiłem na próbę zespołu.

Przesiedziałem tak około dwóch godzin, gdy przypomniałem sobie, że katedrę niedługo zamkną, a jednak warto by było zobaczyć jej atrakcje. Do zakupionego biletu dostałem krótki opis kościoła w języku polskim. Trzeba napisać, że kościoły protestanckie w odróżnieniu od naszych nie są tak bogato zdobione. O włoskich świątyniach tylko wspomnę. Jednak kościoły te nierozerwalnie związane są z Irlandią, jej kolejami losu. Zwłaszcza to miejsce, gdzie ludzie już od tysiąca lat przychodzą żalić się lub prosić Boga, by pomógł im rozwiązać codzienne bolączki życia. W tej katedrze warto oprócz samego kościoła zobaczyć znajdującą się pod podłogą kryptę, a w niej zwłaszcza przepiękne złote talerze. W krypcie znajduje się również kawiarnia i sklepik. Szybko zwiedzam podziemia. Niestety jest remont. Ale słynne talerze udało mi się zobaczyć…

Jedna z atrakcji znajdującej się pod kościołem krypty.
Jedna z atrakcji znajdującej się pod kościołem krypty.

Strasznie zasiedziałem sie w tej świątyni, ale warto było. Próba chóru była przepyszna. Zresztą posłuchajcie sami:

—————————————————————————————————–

Mam nadzieję, że czujecie niedosyt… Na dalszą część opowieści zapraszam już za kilka dni 🙂
A tymczasem komentujcie. Piszcie – co Wam się podoba, a co nie.  Blog cały czas ewoluuje… zmienia się na lepsze 😀
Aby otrzymywać aktualne informacje polub nas na fejsbuku…

cdn. za 3 dni

Komentarze