Kenia – piękne miejsce na urlop cz.1

3
63
Kenia – piękne miejsce na urlop cz.1 – Park Narodowy Tsavo

Ten wpis powstał na prośbę mojej koleżanki. W Kenii byłem w 2011 roku. Wtedy dopiero zaczynałem moją przygodę z fotografią, a o blogowaniu nawet nie myślałem. Czas zatarł moje wspomnienia, więc wybaczcie, jeżeli nieumyślnie wprowadzę Was w błąd. A to znaczy, że proszę o merytoryczne uwagi…

Wszystko zaczęło się pewnego dnia, w którym obejrzałem film pod tytułem „Biała Masajka”, sfabularyzowaną opowieść o losach pewnej Szwajcarki Corinne Hofman. Filmem zachwyciłem się i naturalną konsekwencją tego było przeczytanie książki o tym samym tytule. Następną konsekwencją było marzenie o wyjeździe do Kenii, a że marzenia należy realizować, więc któregoś razu znalazłem bardzo atrakcyjny cenowo wyjazd, namówiłem kumpla i… voila…
Przykro mi teraz myśleć o tym, co dzieje się w Kenii, ale tych kilka lat temu wydawał się to bardzo bezpieczny kraj.
Rankiem, 1 stycznia 2011, jechaliśmy na lotnisko w Okęciu, skąd mieliśmy samolot do Mombasy.
Sam lot trwał około 9 godzin z międzylądowaniem w Hurghadzie w celu zatankowania samolotu. Po wylądowaniu na lotnisku około 2 godzin zeszło nam na przejazd do hotelu. Sam wyjazd podzieliłem na dwie części. Zacznę od reportażu z trzydniowego wyjazdu do fantastycznego parku narodowego – Tsavo.

Na początku kilka informacji z wikipedii:
Park Narodowy Tsavo – pierwszy park narodowy, który powstał w Kenii. Międzynarodową sławę osiągnął dzięki występującym tam ogromnym słoniom, które są pod całkowitą ochroną.

Park ustanowiono 1 kwietnia 1948 roku, a ze względów administracyjnych w maju 1948 roku podzielono go na dwa obszary: Tsavo wschodnie (większa cześć znajduje się na północ od trasy Mombasa – Nairobi) i Tsavo zachodnie, które rozciąga się aż do granicy z Tanzanią. Tworzą wspólnie największy park narodowy w Kenii i zarazem jeden z największych na świecie, o łącznej powierzchni 22 812 km2, z czego na Tsavo West przypada 9065 km2, a na Tsavo East 13 741 km2”.

Jechaliśmy dwoma busikami, razem około 16 osób…

Droga do Parku Narodowego Tsavo.
Droga do Parku Narodowego Tsavo.

Sama jazda, która trwała prawie dzień w jedną stronę, była fantastyczną przygodą. Po drodze mijaliśmy wspaniałe krajobrazy.
Wieczorem zakwaterowaliśmy się w hoteliku – tzw. lodge. Lodge to potoczna nazwa, która w chwili obecnej może równie dobrze odnosić się do małej chaty myśliwskiej, jak i do całkiem dużego hoteliku.
Po całym dniu jazdy marzyliśmy tylko o prysznicu i zimnym piwie. Wieczorem raczyliśmy się takim przysmakiem, o trochę znajomej nazwie „Tusker” 😉 Było zimne i smakowało jak ambrozja 😉

Piwo Tusker.
Piwo Tusker.

Po wypiciu dwóch butelek zasnęliśmy jak niemowlęta, by rano obudzić się do nowej przygody.
Najpierw wąską czerwoną drogą wyruszyliśmy na poszukiwanie tzw. „big five”. Co to jest ta „wielka piątka”? Wielką piątką (the big five of Africa) nazywane są w Afryce najbardziej spektakularne zwierzęta, a więc: słoń, nosorożec, lew, bawół i lampart. Zwierzęta te uważane są za najgroźniejsze. Jako ciekawostkę napiszę Wam, że najwięcej istnień ludzkich mają na sumieniu, uważane prze wielu z nas za bardzo poczciwe grubaski – hipopotamy. Bardzo groźne są krokodyle. Myślę, że dużo lepszym określeniem byłoby „big seven” czyli – „wielka siódemka”.

Takimi busikami poruszaliśmy się na safari.
Takimi busikami poruszaliśmy się na safari.

W którymś momencie nastąpiło ogólne poruszenie. Jest! Nasz pierwszy słoń. Bez szczególnych emocji przyglądał się nam. Widać było, że samochodzik pełen białasów nie jest dla niego pierwszyzną 🙂

Mój pierwszy „ustrzelony” słoń.
Mój pierwszy „ustrzelony” słoń.

Jedziemy dalej. Trochę świata w życiu widziałem, ale przyznaję uczciwie, że afrykańskie pejzaże należą do topowych.

_MG_4733

Mijamy coraz więcej zwierząt: antylopy, żyrafy, zebry, małpy…

antylopy
antylopy

_MG_4917

żyrafy
żyrafy

_MG_4757

zebry
zebry

W końcu trafiamy na stado bawołów. To nie są nasze spokojne krowy. Bawoły powszechnie uważane są za bardzo zawzięte i groźne zwierzęta.

bawoły
bawoły

Wiele z nich ma na ciele bardzo duże rany. Przewodnik tłumaczy nam, że rany są skutkiem działalności pasożytów i poleca zwrócić uwagę na dużą liczbę ptaków, które siedzą na ich grzbietach. Ptaki te pełnią funkcję sanitarną. Oczyszczają skórę żywiąc się pasożytami. Taki przykład symbiozy w praktyce.
Mijamy bardzo dużo stad słoni. Zwierzęta słyną z czerwonej barwy. Podobno to jedyne słonie w Afryce o tym kolorze skóry. Barwę tą zawdzięczają swoistym zabiegom higienicznym, czyli tarzaniu się w piasku.

"czerwone" słonie
„czerwone” słonie

Sawanna to nie tylko bezbarwna równina. To również pagórki i góry. A gdzieś tam, całkiem nie tak daleko, czai się dach Afryki – Kilimandżaro.

Sawanna.
Sawanna.

Powoli zbliża się wieczór. Jestem oszołomiony grą świateł. Dla takich widoków warto żyć. Wcale się nie dziwię, że Afryka zauroczyła tylu Europejczyków. Jest niczym bajkowa kobieta, inna o każdej porze dnia inna. Zachwyca, ale potrafi również przerażać.

_MG_4823

_MG_4855

_MG_4863

Zdążyliśmy jeszcze na zachód słońca. Taki widok miałem z okna naszego pokoju. Zachwycający, nieprawdaż?

_MG_4893

Na następny dzień wstajemy wcześnie rano. Dzisiaj mamy w planach odwiedziny w obozowisku Masajów. Po śniadaniu robię szybką sesję naszego lodge’a. Rozumiem teraz, dlaczego nasi przewodnicy kilka razy powtarzali nam, aby pod żadnym pozorem nie wychodzić w nocy na dwór.

_MG_4762

_MG_4774

_MG_4778

Tuż przy naszym hotelu jest bajorko, koło którego kręcą się w dużych ilościach dziki, biorą w nim kąpiel słonie, a lwy podobno potrafią podejść pod same okna…
Po śniadaniu ruszamy w kierunku obozowiska Masajów. Tak przy okazji napiszę, że Masajowie są zupełnie inni od pozostałych Murzynów. Smukli i wysocy, cieszą się sławą nieprzeciętnych wojowników. Nieodłącznym towarzyszem Masaja są pałki – tzw. rungu, i wierzcie mi – widziałem jaki te pałki budzą respekt wśród pozostałych Murzynów.
Jedziemy wąskimi drogami, a po drodze mijamy setki różnych zwierząt.

_MG_4915

_MG_4926

Myśliciel...
Myśliciel…
Czerwone zady u samic pawiana, świadczą o gotowości do prokreacji.
Czerwone zady u samic pawiana, świadczą o gotowości do prokreacji.

Wjeżdżamy w górzyste tereny. Na ich szczytach widać nadajniki telefonii komórkowej.

Za żyrafą na szczycie góry widać nadajniki.
Za żyrafą na szczycie góry widać nadajniki.

Po chwili dojeżdżamy do obozowiska. Najpierw nasz przewodnik udaje się do wodza wioski. Masajowie są ludem patriarchalnym i wszystkie ważne decyzje należą do mężczyzn 🙂 Po chwili wracają. Wódz wyznaczył opłatę za wejście po 10$ od łebka. No cóż – business is business 🙂 – wrzucamy kasę do czapki i wchodzimy.
Najpierw zwiedzamy  masajskie chaty – tzw. manyatty. Cała wioska zbudowana jest z takich tradycyjnie wzniesionych chat. Buduje się je z gliny i krowiego łajna. W środku są dosyć niskie i wypełnione dymem, który uchodzi przez otwór w dachu. Podobno dosyć skutecznie chronią przed upałem, a także przed chłodnymi nocami, które w Afryce również się zdarzają. Myślę jednak, że większość z nas – Europejczyków, nie chciałaby mieszkać w takiej chacie na dłuższą metę 😉

Masajska chata - manyatta.
Masajska chata – manyatta.

Za chwilę zacznie się się gwóźdź programu. Ubrani w piękne czerwone stroje wojownicy szykują się do pokazów tańców. Polegają one na skakaniu w górę. Skaczą jeden przez drugiego tak wysoko, że wydaje się to aż nieprawdopodobne.

_MG_4945b

_MG_4946

_MG_4947

_MG_4948

_MG_4950b
Po chwili my – białasy zostaliśmy wciągnięci do zabawy i próbujemy, mniej lub bardzie zgrabnie, podrygiwać w rytm muzyki. Idziemy w korowodzie. Jakiś Masaj zabiera mi aparat, mówiąc, że zrobi mi zdjęcie. No cóż… efekty tego zabiegu możecie zobaczyć poniżej 🙂

_MG_4965

Na koniec pokaz bardzo przydatnej umiejętności – rozniecania ognia za pomocą dwóch kawałków drewna.

Rozniecanie ognia za pomocą dwóch patyków.
Rozniecanie ognia za pomocą dwóch patyków.

Po pokazach idziemy do sklepiku, w którym można zakupić tutejsze wyroby rękodzieła. Ja kupuję śliczną bransoletkę z koralików, które tradycyjnie wytwarzane są przez tutejsze kobiety. Część z nas chodzi po wiosce, a napotkani mieszkańcy chętnie się z nami fotografują. Masajowie są bardzo wysocy. Mając 180 cm wzrostu czułem się tam jak liliput, a niejedna masajska kobieta dorównywała mi wzrostem 😉

Przed masajską chatą.
Przed masajską chatą.
Dzieciaczki.
Dzieciaczki. Przywieźliśmy dla nich trochę drobnych upominków.

Nadszedł czas rozstania. Żegnamy się i jedziemy dalej. W planach jest odwiedzenie sklepu z lokalnymi wyrobami i przy okazji zobaczenie krokodyli. Po drodze znowu mijamy dużo zwierząt. Przez drogę przechodzą małpy i słonie…

Taka sytuacja...
Taka sytuacja…
i taka...
i taka…

Po drodze mijamy dosyć ciekawe budowle. Są to kopce zbudowane przez małe owady – termity. Podobno w jednej takiej termitierze może mieszkać kilka milionów osobników, a królowa termitów może dożyć nawet 50 lat. Natura jest fascynująca i zadziwiająca.

Termitiera.
Termitiera.

Powoli jadąc mijamy małą rzeczkę, można by rzec – strumyk. Niech nikogo nie zmyli jego wielkość. W porze suchej rzeki te potrafią prawie wyschnąć, ale w porze deszczowej odżywają, koryta napełniają się wodą i potrafią nieprzyjemnie zaskoczyć niejednego podróżnika.

_MG_4991

A nieopodal rzeki niespodzianka. Jest król zwierząt – lew – wraz z rodziną. Przewodnicy zakazują jakiegokolwiek wychylania się z samochodu i informują nas, że gdyby lwy zbliżyły się do auta pod żadnym pozorem nie wolno nam próbować ich dotykać.

_MG_4994

_MG_5008

Lwy jednak miały nas w nosie. Leżały sobie schowane przed upałem i nie zamierzały wystawiać nosa z zacienionej kryjówki 😉

W końcu dojeżdżamy do sklepiku. Najpierw idziemy do krokodyli. Widzimy tylko dwa – jednego dużego i jednego małego.

_MG_5055

Z dużą dozą nieufności, zerkając niepewnie cały czas przez ramię, robię sobie zdjęcie nieopodal gada.

_MG_5056

Nie chciałbym się z nim zapoznać… hm… bliżej…

_MG_5058b

Robi wrażenie – upiorne wrażenie…

Po odwiedzinach w sklepie kierujemy się z powrotem do hotelu. Cała wycieczka to jest około 1000 kilometrów drogi o standardzie szutrowym. Na zakończenie przygody, w którymś momencie łapiemy gumę. Nie wiadomo skąd pojawiają się Murzyni, którzy chcą by im dać jakieś gadżety. Zadziwiająca jest Afryka… 😉 Na szczęście nasi kierowcy szybko uporali się z naprawą i pod wieczór jesteśmy w hotelu.

W drodze powrotnej złapaliśmy „gumę”.
W drodze powrotnej złapaliśmy „gumę”.

Jeżeli spodobał Wam się ten artykuł lub wychwyciliście jakiś błąd, to zapraszam do komentowania. Zachęcam również do polubienia mojej strony na fejsbuku. Niedługo następna część relacji z Kenii…

IMG_4777

 

Komentarze