Czy da się popłynąć kajakiem z Piotrkowa do Warszawy? Część 1

0
69
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Czy da się popłynąć kajakiem z Piotrkowa do Warszawy? Część 1

W wielu rozmowach o podróżach stale przewija się jeden wątek. Podróże są drogie i dostępne nielicznym. Nieprawda. Dzisiaj będzie o takiej podróży. Niedalekiej a zarazem dalekiej, niedrogiej zupełnie a przecież jakże ekscytującej…
Już od dwóch lat, od czasu, gdy zrobiłem spływ górną częścią Pilicy, chodziła mi po głowie myśl, by dokończyć eksplorację tej rzeki – jej dolnego biegu, a najlepiej by dopłynąć do Warszawy…

W natłoku zajęć pomysł ten cały czas był odkładany do lamusa, aż w końcu przyszedł czas na jego realizację. W międzyczasie wymyśliłem, że wystartuję na rzece Strawa w Piotrkowie Trybunalskim. Cytując wikipedię: „Strawa – rzeka na Równinie Piotrkowskiej (dł. ok 17 km.), która swe źródła bierze w zachodnich krańcach Piotrkowa Trybunalskiego”. Kiedyś ponoć dosyć szeroka, w dniu dzisiejszym płynie w Piotrkowie głównie zamkniętymi kanałami. Odkrywa się dopiero na łąkach za miastem, gdzie łączy się z inną rzeką – Wierzejką. Wrzucona do wody słomka przepływa przez wioskę Witów, by po chwili dopłynąć do Przygłowa, gdzie wpada w nurty Luciąży.

Spływ symbolicznie rozpocząłem na rzece Strawa w okolicy wsi Przygłów.
Spływ symbolicznie rozpocząłem na rzece Strawa w okolicy wsi Przygłów.

Dzień 1

W pierwszych dniach czerwca A.D. 2015 wyruszyłem w drogę. Mimo, że teoretycznie mógłbym zacząć już w okolicach Piotrkowa, postanowiłem zwodować mój kajak we wsi Przygłów, około 200 metrów przed ujściem Strawy do Luciąży. Szybko poszedł rozładunek i po chwili płynąłem na spotkanie „przygody”.

Na Strawie.
Na Strawie.

Około półtorej godziny zajął mi spływ do Zalewu Sulejowskiego, gdzie w pierwszą noc miałem nocować. Po drodze pomachałem słynnej knajpce (już niestety w ruinie) Sielance i zachwyciłem się przełomami Luciąży. Swoją drogą bardzo piękna i łatwa do spływu rzeczka. Szczerze polecam spróbować.

Dawna restauracja „Sielanka”.
Dawna restauracja „Sielanka”.
Luciąża.
Luciąża.
Przełomy Luciąży.
Przełomy Luciąży.

Bardzo szybko dopłynąłem do tzw. Murowańca – ujścia Luciąży do Pilicy, a po chwili do miejsca, gdzie rzeka rozlewa się w sztuczny zbiornik wodny – w Zalew Sulejowski.
Zdążyłem jeszcze załapać się na pyszny zachód słońca. Po dopłynięciu na miejsce, oporządziłem sprzęt i udałem się na spoczynek. Na następny dzień rano rozpoczynała się „przygoda”.

Ujście Luciąży do Pilicy.
Ujście Luciąży do Pilicy.
Zachód słońca w okolicy Barkowic na Zalewie Sulejowskim.
Zachód słońca w okolicy wsi Barkowice nad Zalewem Sulejowskim.

Dzień 2

Na następny dzień trochę zaspałem. Po przebudzeniu zjadłem śniadanie, spakowałem kajak, po czym wyruszyłem w drogę. Zalew Sulejowski to około 17 kilometrów drogi kończącej się tamą w Smardzewicach. Na tamie umówiłem się z synem, który miał przyjechać i pomóc mi przenieść kajak przez tę przeszkodę. Załadowany kajak to około 80 kg wagi, na co składa się sprzęt kempingowy i jedzenie. Niespiesznie płynąłem sobie przez jezioro. Piękny jest nasz Zalew. Od urodzenia mieszkam w tych stronach i mimo, że zwiedziłem niezły „kawałek” świata, to przyznam, że drugiej takiej pięknej okolicy trudno gdzieś w świecie znaleźć 🙂 Około godziny 16 dopłynąłem do tamy. Skontaktowałem się telefonicznie, a następnie poszedłem napić się piwa z sokiem. Eh, nie pamiętam kiedy ostatni raz tak mi piwo smakowało… 😉

Po drodze mijałem innych kajakarzy.
Po drodze mijałem innych kajakarzy.
Piękny jest Zalew Sulejowski.
Piękny jest Zalew Sulejowski.
Na horyzoncie tama w Smardzewicach.
Na horyzoncie tama w Smardzewicach.

Po przybyciu mojego syna – Olka, w miarę sprawnie przenieśliśmy kajak i umówiliśmy się przy następnej przeszkodzie – stalowej szynie przecinającej Pilicę około 500 metrów za tamą. Tutaj przeniesienie kajaka zajęło nam chwilę. Przy okazji zapakowałem resztę prowiantu, który Olek dowiózł samochodem. Pożegnania – i komu w drogę temu czas…

Tama po drugiej stronie Zalewu. Trochę tego niesienia było...
Tama po drugiej stronie Zalewu. Trochę tego niesienia było…
Około 500 metrów za widoczną na drugim planie tamą, znajduje się następna przeszkoda.
Około 500 metrów za widoczną na drugim planie tamą, znajduje się następna przeszkoda.

Myślę, że w ostateczności mogłem próbować sforsować tą drugą przeszkodę samodzielnie, aczkolwiek sądzę, że taka próba mogłaby uszkodzić obciążony kajak. Raczej więc radzę zachować ostrożność. Po chwili nurt uspokoił się, a ja spokojnie płynąłem rozkoszując się widokami oraz jednocześnie wypatrując miejsca na nocleg. Po przepłynięciu kilku kilometrów, postanowiłem zatrzymać się na noc.

Przez kilka kilometrów płynąłem spokojną rzeką, rozkoszując się mijanymi krajobrazami.
Przez kilka kilometrów płynąłem spokojną rzeką, rozkoszując się mijanymi krajobrazami.
Pierwszy nocleg.
Pierwszy nocleg.

Był to również pierwszy tegoroczny nocleg pod namiotem. Pierwszy taki nocleg w sezonie jest również pewnego rodzaju sprawdzianem, czy wszystko gra, czy nic nie zapomnieliśmy zabrać. Okazało się, że wszystko jest w porządku i nic nie brakuje. Po rozbiciu namiotu zrobiłem sobie kolację, a na kocherze zagotowałem wodę na nieocenioną w tym wypadku zupkę chińską 😉 Po tych wszystkich zabiegach kulinarnych uskuteczniłem wieczorną toaletę i poszedłem spać. Muszę uczciwie napisać, że przez zimę człowiek „wydelikaca się” i trudno było mi zasnąć na twardym podłożu z karimaty…
Około 4 rano obudziły mnie odgłosy nocy. Piękno tej muzyki natury jest chyba niemożliwe do opisania. Na symfonię składają się delikatne śpiewy małych ptaków, cykanie świerszczy, pohukiwanie puchaczy, miłosne nawoływanie kaczek, szum wiatru w koronie drzew i inne, czasem niezidentyfikowane dźwięki. Całości dopełnia specyficzna aura nocy. Aura, która sprawia, że czujesz się się częścią przyrody, wielkiego otaczającego nas świata. Wyszedłem na zewnątrz i zachwyciłem się pięknem nocy. Nad wodą unosiły się opary mgły, dodające dodatkowego uroku tej chwili…  Zresztą zobaczcie sami… Zdjęcia zostały wykonane zwykłym – niezwykłym aparatem do zadań specjalnych – Olympusem TG 2. Niestety nie jest to jakość lustrzanki, ale przecież nie o to chodzi… Pięknie, nieprawdaż?

Pierwsza noc pod namiotem.
Pierwsza noc pod namiotem.

Dzień 3

Rankiem sprawdziłem czy saperka działa, a następnie w zimnej rzece dokonałem ablucji, po czym zjadłem pożywne śniadanie. Być może dla niektórych brzmi to z lekka przerażająco, ale wierzcie mi – taka kąpiel w zimnej rzece to sama radość 🙂
Chciałbym jeszcze raz powtórzyć wszystkim podróżnikom – saperka (w wiadomym celu) jest na takich wyprawach wyposażeniem niezbędnym. Jedną z podstawowych zasad jest ta, że zostawiamy po sobie lepszy porządek niż zastaliśmy. Jeżeli wszyscy będziemy tego przestrzegać, to nasze otoczenie będzie piękne i czyste.
Po porannej toalecie spożyłem śniadanie, a następnie spakowałem dobytek i wyruszyłem. Po jakimś czasie dopłynąłem do miejsca, które okazało się dla mnie niespodzianką – do spiętrzenia wody przed Tomaszowem Mazowieckim. Na szczęście z boku była łączka i po przeciągnięciu kajaka przez około 100 metrów po trawie, ponownie znalazłem się na wodzie. Przede mną jeszcze jedna trudność. Ostrzegano mnie, że pod mostem kolejowym w Tomaszowie może być bardzo dużo niebezpiecznych kamieni. Faktycznie kamienie były, ale przeprawa nie była zbyt trudna…

Spiętrzenie wody w Tomaszowie Mazowieckim.
Spiętrzenie wody w Tomaszowie Mazowieckim.
I z drugiej strony.
I z drugiej strony.
Kamienie pod mostem kolejowy. Już po przepłynięciu.
Kamienie pod mostem kolejowy. Już po przepłynięciu.

Faktycznie przeżyłem nieprzyjemną chwilę, gdy „przyhaczyłem” o jeden wystający kamień, ale na szczęście obyło się bez strat.
Teraz już do samej Warszawy miało nie być żadnych niespodzianek. Jedyną trudnością mógł być niski stan wody i częste wypłycenia utrudniające nawigację. Ale taki to już jest urok kajakowania… 🙂
W którymś momencie minąłem większą grupę kajakarzy rekreacyjnych, a po chwili dotarłem do Inowłodza – 112 km do ujścia Pilicy. Ponieważ zbliżała się godzina 14, zrobiłem krótki postój na przekąszenie obiadku.

Na kajaku.
Na kajaku.
Wspaniała Pilica.
Wspaniała Pilica.
cd.
cd.
Grupa kajakarzy.
Grupa kajakarzy.
Inowłódz - 111,2 km do ujścia.
Inowłódz – 111,2 km do ujścia.

W okolicach Inowłodza po raz ostatni podczas tej wyprawy spotkałem się z większą ilością kamieni zalegających w nurcie rzeki.
Pracowicie wiosłując minąłem kościół św. Idziego. Kościół ponoć zbudowany został w 1086 roku przez księcia Władysława Hermana w podzięce za narodziny syna – Bolesława Krzywoustego. Prawie 1000 lat historii. Kościół dostępny jest do zwiedzania – www.inowlodz.pl/szlaki-turystyczne/60-szlak-a-zwiedzanie-kocioa-w-idziego

Kościół św. Idziego w Inowłodzu.
Kościół św. Idziego w Inowłodzu.

Cały czas płynąłem naprzód. Pewną uciążliwą atrakcją było to, że co jakiś czas musiałem przeciągać kajak po płyciźnie. Mój system pokonywania przestrzeni polegał na tym, że przez około minutę machałem wiosłem, by następną minutę płynąć siłą inercji. I tak minuta za minutą, godzina za godziną. Około godziny siedemnastej zrobiłem krótki postój na podwieczorek, który składał się puszki sardynek przegryzionej dużym kawałkiem czekolady. Być może posiłek ten wydaje się Wam drodzy Czytelnicy lekko niestrawną potrawą, ale zapewniam, że głód i wysiłek fizyczny jest najlepszą przyprawą:) W którymś momencie moją uwagę zwrócił dziwny, umiejscowiony na środku rzeki znak, informujący o linie podwieszonej na wysokości metra. Tajemnica rozwiązała się po przepłynięciu około kilometra – była to lina służąca do napędu promu.

Znajdujący się na środku rzeki znak...
Znajdujący się na środku rzeki znak…
Prom przed Tomczycami.
Prom przed Tomczycami.

Ponieważ zbliżała się godzina 19, powoli zacząłem rozglądać się za noclegiem. Dzisiaj postanowiłem spać na wyspie. Wysp na Pilicy jest bardzo dużo, jednak większość jest bardzo zarośnięta. Założyłem sobie, że mam około 40 minut na znalezienie odpowiedniej, a jeżeli nie uda się w tym czasie, to biorę co los narai:) I tak minąłem kilka większych, kilka mniejszych i kilka zupełnie małych wysp, i w chwili gdy już straciłem nadzieję znalazłem ją. Piękna i nadająca się nawet na kilkudniowy biwak wyspa. Zarośnięta trzcinami zapewniała dozę intymności, a jednocześnie otaczająca ją stosunkowo głęboka woda, gwarantowała pewne bezpieczeństwo. Ok – to tutaj westchnąłem i rozpocząłem operację zdobycia mojej Hispanioli…

Jedna z wielu mijanych wysp.
Jedna z wielu mijanych wysp.
A to mój kawałek noclegu.
A to mój kawałek noclegu. Piękna wyspa.

Szybko rozbiłem namiot i w ostatnich promieniach słońca suszyłem lekko wilgotny śpiwór. Nieprzyjemną niespodziankę zrobiła mi kuchenka gazowa. Niestety wyrób małych żółtych rączek zepsuł się i już do końca spływu nie mogłem nic sobie ugotować. No cóż, takie również są uroki tych wypraw. Na szczęście miałem tabletki rozpuszczalne, a więc dałem radę. Po zjedzeniu kolacji i umyciu ząbków, wszedłem do namiotu i tym razem zapadłem w otchłań snu. To była prawdziwa wizyta u Hypnosa 🙂

Koniec części pierwszej. Niedługo część druga – do ujścia Pilicy i dalej do Warszawy…

By być na bieżąco, polub mojego bloga na fb…  🙂