Pobyt w szpitalu w Piszu – czyli o świecie, który już znika…

Pobyt w szpitalu w Piszu – czyli o świecie, który już znika…

Uwaga! – Tekst zawiera słowa powszechnie uznane za wulgarne!

Korzystając z tego, że kilka dni temu wrzuciłem fotorelację z Męskiego Rejsu 2016, wracam do innego – sprzed 3 lat. Ten wpis jest o tym, że nie każdy wyjazd kończy się dobrze. Ale też z każdego prawie zdarzenia można wyciągnąć nowe doświadczenia, zobaczyć coś, co mijamy nie widząc. A tu pokazuję Wam świat, który powoli już zanika. Mazury – jedna z moich miłości, zmieniają się na naszych oczach. Na lepsze, ale w pewnym sensie na gorsze.
To opowiadanie napisałem na gorąco, leżąc jeszcze na szpitalnym łóżku. Z pewnych przyczyn nie chciałem publikować do niedawna bardziej kontrowersyjnych tekstów, ale teraz – jako prawie wolny człowiek, już mogę. A kilka naprawdę gorących szkiców leży i czeka gdzieś w trzewiach mojego komputera. Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie – czy Wam się podobało, czy też nie.

Panie i Panowie – voila – Wspomnienia z pobytu w Szpitalu Powiatowym w Piszu A.D. 2013.

Właściwie powinienem nazwać ten wpis „ojejeboliboli”. Ale zacznimy od początku. To miał być piękny pobyt na Mazurach pod tytułem: Męski rejs 2013. Zresztą myślę, że dla pozostałych moich kolegów to naprawdę był piękny rejs, lecz niestety nie dla mnie.

Wszystko zaczęło się standardowo. Jak co roku spotkaliśmy się w Rucianym Nida, aby celebrować – młodość, zdrowie i witalność w wydaniu czterdzietokilkuletnich facetów. Dzień pierwszy – spotykamy się w przystani „u Faryja” w Rucianem, pijemy gorzałę, tudzież inne trunki posiadające procenty i integrujemy się. Gdy przyjeżdżam (późnym popołudniem), towarzystwo było już całkiem nieźle „zintegrowane”. Łatwo nie było, ale chyba daliśmy radę, gdyż wieczorem z przystani u Faryja dobiegały chóralne śpiewy i pokrzykiwania dobiegające zgodnie z kilkanastu gardeł nieźle nawalonych osobników płci brzydkiej.

Następny dzień rozpoczął się z lekkimi oporami, ale wkrótce uzupełniliśmy zapasy, odebraliśmy łodzie i z radością w sercu wyruszyliśmy w stronę Guzianki – śluzy łączącej jezioro Guzianka Wielka z Bełdanami. Wiatr pięknie na wantach grał, a my pięknie podążaliśmy na północ w kierunku tzw. przeczki – czyli wejścia na Śniardwy. Wieczorem znaleźliśmy idealne miejsce na biwak, przy którym postanowiliśmy się zatrzymać i urządzić ognisko.

Tu niestety dopełniło się moje rejsowe przeznaczenie, gdyż schodząc po aparat fotograficzny do kabiny, moim nogom zachciało się zobaczyć sufit, a ja z olbrzymią siłą uderzyłem plecami o schodki prowadzące do wnętrza jachtu.

Nie zaśpiewałem po tym zdarzeniu ody do radości, lecz wydałem zestaw uniwersalnych jęków, przerywanych wielokrotnym użyciem słowa na „k”. Mimo ogromnego bólu udało mi się wstać i z radością stwierdziłem, że kręgosłup mam cały. Następnie jakoś wczołgałem się w koję, mając nadzieję, że może przeleżę ból. Po około godzinie powiadomiłem kolegę (akurat przyszedł na chwilę do łodzi), że ze mną nie bardzo i by pomógł mi wyjść, wysikać się. Robert wyciągnął mnie z koi. Niestety, sam już nie byłem w stanie się podnieść. Cała operacja odbyła się w asyście jęków przerywanych popularnym słowem na „k”.

Całe szczęście, że w kieszeni polara miałem apap, który łykany w odstępach co 2 godziny, pomógł mi przetrwać noc.

Rano, zbudzeni koledzy zadzwonili na 112. Po jakimś czasie zjawiła się motorówka WOPR. Panowie deliberowali, czy przenieść mnie do nich na pokład, ale stanowczo odmówiłem. Zaaplikowali mi ketanol i ruszyliśmy w stronę przystani. Po dopłynięciu ketanol zaczął działać, a mnie udało się z pomocą przyjaciół opuścić łódź i jakoś dojść do karetki. Pojechaliśmy do Szpitala Powiatowego w Piszu. Po wykonaniu serii zdjęć rentgenowskich i badań usg, diagnoza była prosta. Wszystko jest w porządku, ale złamane są 2 żebra (później okazało się, że jednak były 3). Musiałem wyglądać nieszczególnie, skoro lekarz popatrzył na mnie i powiedział: jak chcesz pan sobie pobluźnić to śmiało… Witamy w Szpitalu Powiatowym w Piszu…

Najpierw miałem trafić na ortopedię, ale mnie nie chcą. Cóż – agresywny kapitalizm. Jednostka się nie liczy, za to liczy się pieniądz. Ja jestem takim pacjentem, którego głównym leczeniem jest dozowanie środków przeciwbólowych.

Pan doktor ze stoickim spokojem popatrzył na mnie i mówi:
– Właściwie to nic panu nie jest i może pan jechać do domu.
– Panie, ja się stąd, kurwa, nie ruszę – odparłem z równie spokojnym wyrazem twarzy…

Trafiłem na chirurgię…
Lokują mnie na sali nr 3. Obok mnie leży Kamil – młody żołnierz kontraktowy. Szczęściarz. W tym regionie praca w wojsku to gwarancja stałej pracy i dobrej płacy. Z drugiej strony leży Waldek – leśnik, pijak i akrobata.

Wesoło jest. Wesoło by było, gdyby nie to, że nie jestem w stanie sam, o własnych siłach wstać z łóżka. Trzecim pacjentem na naszej sali jest pan Szpak. Pan Szpak ma prawie 80 lat i lubi rozkosze życia.  Pretensje ma do żony, – „szmata zostawiła go 20 lat temu i odeszła z policjantem”. Tak poza tym, to z niego był mocny chłop. Jeszcze parę lat temu dorabiał u brata, lub u bratanka, w tartaku. Z pochodzenia Kurp. Ma tysiąc parę złotych emerytury, skodę favorit, konkubinę i radość życia. Niestety ostatnio schudł 20 kilogramów, prawo jazdy zabrali za alkohol, losów konkubiny nie znamy.

W nocy przywieźli nowego pacjenta. Facio leży koło mnie i cały czas jęczy – „ojeboli, nie bolało, bolało latem nie bolało, ojeboli teraz” – i tak całą noc. Taki monolog niewyraźnie mówiącego szympansa. Nazywał się Kackiewicz, a pochodził z Nitek w stronę Szczucina. Po dwóch godzinach mam ochotę wstać z łóżka i mu naprawdę przypierdolić, tak żeby zabolało. Ma szczęście, że sam mam problemy. Muszę iść do toalety, a w moim stanie to prawdziwe wyzwanie.

Co ciekawe, w tej nędznej sytuacji życiowej znikają różnice; światopoglądowe, polityczne, różnice w poziomie wykształcenia. Nieważnym jest czy ktoś mówi „poszedłem” czy „poszłem”. Zostaje jeden wspólny mianownik, taki, który spaja wszystkich – ból. Dla jednych jest on większy, dla drugich mniejszy, ale jest… i spaja. Ludzie, często nieużyci, czują jakąś nieznaną im wcześniej empatię. Dziś tobie pomoże ktoś zupełnie obcy, a jutro ty komuś oddasz tą dobroć z nawiązką. W takich momentach rozumiemy słowa poety „szanowne zdrowie, nikt się nie dowie jako smakujesz, aż się zepsujesz”.

Dzień piąty. Mój kolega Waldek – leśnik, pijak, ale przede wszystkim bardzo sympatyczny człowiek, idzie do domu.

Mam nowego sąsiada z lewej strony. Pan X – lat około 72, pracował w MZGK w Piszu – alkoholik.

Ostatni dzień pobytu. Przywożą nowego pacjenta. Mam wrażenie, że za chwilę zejdzie. Dostaje kroplówkę i krew. Rankiem jakoś dochodzi do siebie.

To Krzysiek Zawadzki. Przed pięćdziesiątką. Były kierowca tira. Dwie córki 15 i 16 lat. Cztery lata temu rozstał się z żoną i zaczął pić. Od 3 lat spożywa – 1-1,5 litra wódki dziennie. Jak sam wyliczył, przepił około 140 tys. złotych. Teraz lekko opanował nałóg, ale wymiotuje krwią. Płukanie żołądka i przygotowują go do przetoczenia krwi. Tylko słowa piosenki się nasuwają „Córko rybaka, Mazura z Mazur…”.

Chyba dobrze, że ja już wychodzę do domu…

W szpitalu spędziłem 7 dni. Pięć dni po wypadku, koledzy z rejsu przyprowadzają mój samochód, a dwa dni później przyjeżdża po mnie mój wuj Leszek, zwany Wujasem. Teoretycznie mógłbym sam jechać, ale nie byłby to chyba dobry pomysł. Jedziemy do domu.

Ponoć z każdego zdarzenia można wyciągnąć jakąś lekcję. Ja w tym szpitalu zobaczyłem te trochę inne Mazury. Dawne – poperelowskie, z czasów gdy nie było tego całego nowoczesnego blichtru, a nad Jeziorami królowały pegeery. Świat, który już zanika… Dzisiaj jesteśmy Europejczykami. Tylko dlaczego czasem, trochę wstydliwie, gdzieś na synapsach błąka się nieśmiałe pytanie: czy to „dzisiaj” na pewno jest lepsze?

No i dowiedziałem się, że ze złamanymi żebrami wódkę też można pić. Po przyjeździe do domu obaliliśmy z Lechem flaszkę. W intencji ozdrowienia oczywiście…

* Imiona, nazwiska i nazwy miejscowości zostały zmienione.

p1010318c-large

Ale jeszcze wiele rejsów przede mną zanim dopłynę do Valhalli…